poniedziałek, 26 października 2015

Dlaczego założyłam blog, czyli kilka słów o moim uczuleniu, cz. 1.

 Od około 10-11 lat choruję na Łojotokowe Zapalenie Skóry  i/lub Atopowe Zapalenie Skóry (eh... ta jednomyślność lekarzy). W tamtym czasie, a nawet rok wcześniej, zauważyłam pierwsze objawy choroby na skórze głowy. Zostały one przeze mnie zignorowane, gdyż wiązałam je zawsze z czymś innym. Miałam na głowie strupy wypełnione płynem, które notorycznie zrywałam sądząc,że jest to zapewne źle spłukany szampon (bo co innego?).
Teraz już jestem świadoma, że pojawianie się owych reakcji jest związane z pobytem u babci i stosowania zwykłego, najtańszego szamponu pokrzywowego za "3 zł". Niestety nie pamiętam już jego nazwy. Po jakimś czasie pojawiły się plamy na twarzy ale tylko po zastosowaniu podkładu marki Under Twenty.

Źródło: kosmetyki.stylistka.pl

Do mniej więcej połowy 15 roku życia nie stosowałam raczej kosmetyków - wyjątek stanowiły kolorowe, wręcz ordynarne cienie do powiek, które uwielbiałam (sick!) ale nie malowałam się nimi na co dzień. Pewnego dnia postanowiłam kupić fluid (chociaż teraz nie wiem po co?). Przez dwa miesiące miałam piękną, gładką, za ciemną
(a jakże!) twarz w porównaniu do szyi ale to mi nie przeszkadzało
w "delektowaniu" się nowym skarbem. Prawdziwa "zabawa" zaczęła się szybciej niż mogłam to sobie wyobrazić. Pewnego dnia zaraz po nałożeniu podkładu zaczęłam odczuwać dyskomfort i uczucie pieczenia na prawym policzku oraz w okolicy nosa. Po kilku minutach zobaczyłam wysyp czerwonych, piekących plam i natychmiast zmyłam podkład. Jak się zapewne domyślacie plamy zostały na mojej twarzy przez kilka dni. Towarzyszyły im uszkodzenia skóry i nadmierne jej przesuszanie (szczególnie w strefie T). Próbowałam jeszcze do niego wrócić ale ostatecznie się poddałam i go wyrzuciłam. 


Nie jestem pewna co było najpierw - podkład czy żele myjące do twarzy. Uczulały mnie również żele i peelingi do mycia twarzy wszelakich firm. Prekursorem był Under Twenty (ta sama marka co podkład), później poszło z górki: Garnier, Nivea, Clean & Clear
i pozostałe firmy, których w tej chwili nie pamiętam. Wszystkie
z podobnego przedziału cenowego. Objawy były bardziej nasilone, piekła mnie już cała skóra, bez wyjątków. 






                                                    wizaz.pl; natura.pl




Do malowania się wróciłam gdy miałam blisko 17 lat. Muszę w tym miejscu stwierdzić,że natura (zanim pojawiło się to uporczywe zapalenie) bardzo łaskawie obchodziła się z moją skórą. "Trądzik młodzieńczy" - o ile mogę nazwać mój chwilowy epizod - objawił się miesięcznymi krostami, których bardzo szybko się pozbyłam (max 2 miesiące). Tak więc wróciłam do używania podkładu i reszty asortymentu - pudru, tuszu, bardziej stonowanych cieni. Znowu ta sama, dobrze już znana kolej rzeczy. Kilka miesięcy spokoju, walka, odstawienie. W tamtym okresie podkładem, który mnie nie uczulił a miał przystępną cenę był Lirene w szarym opakowaniu (kosztował ok
17-20 zł). 




Wypróbowałam większość wariantów co kończyło się tylko jeszcze silniejszymi wykwitami na twarzy. Najgorsze były produkty hypoalergiczne - serio! Podkład z owej serii marki AA uczulił mnie po...
7 dniach. To był zdecydowanie mój rekordzista. Całe liceum spędziłam na testowaniu coraz to nowszych kosmetyków do pielęgnacji i makijażu. Krem Soraya równie szybko został pożegnany co poprzednie. 



To chyba ten ;) 
wizaz.pl

Postanowiłam udać się do dermatologa. Do stosowania na twarz przepisała mi tłusty krem apteczny. Produkt taki działa powierzchniowo, a więc skóra dalej była przesuszona. Niedługo przed wizytą stwierdziłam, że mam również problem z nadmiernie wypadającymi włosami. Dostałam więc od dermatologa niemiecką wcierkę do włosów Neril Haar z Garniera. Analizując teraz na szybko jego skład stwierdzam, że nie jest on szkodliwy i u większości osób nie spowoduje alergii (wyjątek - uczuleni na glikol propylenowy, alkohol). 

Miałam również dodatkowy problem skórny, o którym właśnie sobie przypomniałam. Od wczesneij młodości pojawiały się u mnie czerwone, drobne krostki - na udach, buzi, plecach czy ramionach. Dziś występują one niemal nieprzerwanie (z większym lub mniejszym na sileniem) na rękach i sporadycznie nad łopatkami. W tym miejscu muszę wtrącić jeszcze jedną ważną informację. Przez pewien czas w okresie dzieciństwa źle się czułam po mleku dlatego alergolog podejrzewał skazę białkową. Wykonane testy w późniejszym wieku ok 13-14 lat dały wynik ujemny, jednak to - jak już dziś wiem dzięki Pani prof. ze studiów od znienawidzonej immunologii ;)- nie świadczy o braku nadwrażliwości na dany pokarm czy substancję. Testy skórne wykonywane
w gabinetach lekarskich wykrywają przeciwciała igE, odpowiedzialne za alergię. Natomiast immunoglobuliny klasy G (igG) występują
w przypadku nietolerancji pokarmowej (nie, to nie jest to samo!). Nie wiem, może w czasach dzieciństwa takie testy nie były jeszcze dostępne. Dziś na rynku mamy m.in. Food Detectice, służący do wykrywania IgG. Testy te wykonują wyspecjalizowani lekarze czy dietetycy. 


Wróćmy jednak do tematu mojej skóry. Pani dermatolog przepisała mi krem mocznikowy Pilarix. Po nałożeniu go na skórę ramion za każdym razem miałam okropne uczucie pieczenia i szybko zaczerwieniała mi się skóra. Był to jednak ból nie do wytrzymania i musiałam go szybko zmyć ze skóry. 



http://www.i-apteka.pl/product-pol-2129-PILARIX-krem-100ml.html


Nie zaobserwowałam do tej pory uczulenia na kwas salicylowy, który
o to podejrzewałam. Pozostałymi składnikami, które mogły się do tego przyczynić są alkohole (Cetyl i Stearyl) Ethylparaben. Zastanawiam się teraz, a w zasadzie to przecież wszyscy wiemy co by się stało gdybym zastosowała się do zaleceń pani dermatolog i nałożyła go również punktowo na przesuszone zgrubienia skórne na twarzy... O zgrozo! 


O ile na alkohole o działaniu alergizującym występujące w kosmetykach (dopóki nie mamy na nie uczulenia) można przymknąć czasem oko
o tyle na parabeny - nie. Dlaczego? Tych, którzy pominęli poprzedni post zachęcam do przeczytania więcej na ten temat http://beauty-is-a-lie.blogspot.co.uk/2015/10/chemiczne-skadniki-w-kosmetykach-cz-2.html


Po leczeniu bez skutków postanowiłam na własną rękę walczyć ze szpecącymi mnie plamami... 


Wyczekujcie więc kontynuacji tego wpisu! :) Buziaki!


Ps. Zauważyłam, że mam wyłączoną opcję komentowania dla niezarejestrowanych użytkowników. Odblokowałam ją i tym samym zachęcam wszystkich do wypowiadania się co sądzicie na dany temat;) 

4 komentarze:

  1. Szczerze Ci współczuję. Nie miałam aż takich problemów jak Ty ale również tzw. drogeryjne kosmetyki i reklamowane w telewizji często się u mnie nie sprawdzają. Uczulenia, strupy na twarzy i podrażnienia. Alkohol to dla mnie zło totalne. Parabenów także unikam. Niestety czasem zdarzy mi się coś przetestować dla dobra moich czytelniczek i później płaczę patrząc na moją twarz.. Za to inni wiedzą, że należy tego świństwa unikać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Alkoholi w kosmetykach ciężko jest unikać. Nawet w naturalnych kosmetykach jest to małe ryzyko, że mogą nas uczulić. Jednak wtedy masz już zawężoną grupę potencjalnych alergenów - nie jak w przypadku niektórych kremów po kilkanaście związków typu EDTA, MEA, DEA, cocamidopropyl betaine, "SLSy" plus silnie alergizujące alkohole. W momencie, gdy te wszystkie związki zaczynają działać na nas w tym samym czasie rozpoczyna się armagedon... Zdarzyło mi się nawet dostać rumienia twarzy po zwykłym (pitnym :D) alkoholu, który utrzymywał się koło tygodnia. Tak więc również mogę być chodzącym testerem ;)

      Usuń
  2. A próbowałaś oleju z uczepu trójlistkowego ? wczoraj o nim pisałam.

    OdpowiedzUsuń